piątek, 3 grudnia 2010

Dzieci to Nasz Skarb

Edukacja przede wszystkim zaczyna się oraz od najmłodszych lat ma miejsce w domu. Psychologia określa to w takiej kolejności i w taki sposób, że odżywianie, stymulacja i rozwój ludzkiego mózgu, a później nauka formułują i ukierunkowują człowieka.

Slogan „Dzieci to nasz skarb” jest nie tylko prawdziwy i oczywisty, ale najistotniejszy. Jest on nie do przecenienia. Jest nawet istotniejszy dla społeczeństw niż dla jednostek, które je budują. W naturze zwierzęta dbają o potomstwo i przekazują mu całą swoją wiedzę też tylko po to, aby cały gatunek miał jak największe szanse na przetrwanie w ewolucyjnym wyścigu. Dzieci to fundament i podstawowy blok budulcowy społeczeństw i narodów. Bez świadomego, prawidłowego wychowywania i kształcenia dzieci żadne znane nam społecznie i ekonomicznie zaawansowane państwo nie mogłoby funkcjonować, tak jak to dzisiaj robi.

Ponieważ jakie dzieci, takie społeczeństwo – i odwrotnie, to musimy wziąć sobie do serca o wiele więcej niż „parę” poniższych zasad i pewników:

Nie upokarzaj dziecka, bo ono, tak jak ty, ma silne poczucie własnej godności.
Staraj się nie stosować metod, których sam byś nie akceptował.
Pozwalaj dziecku dokonywać wyboru, kiedy tylko jest to możliwe.
Jeśli zachowałeś się niewłaściwie wobec dziecka, przeproś je i wytłumacz się – nie bój się utraty autorytetu, bo dziecko i tak wie, kiedy popełniasz błędy.
Nigdy nie mów źle o dziecku, szczególnie w obecności innych osób.
Nie mów: „Zrobisz to, bo tak chcę” – jeżeli musisz czegoś zabronić, zawsze to uzasadnij.
Jeżeli wydajesz dziecku nawet najprostsze polecenia, staraj się nie stawiać go niżej, odnosząc się do niego z góry, a raczej proś o pomoc, za którą wypada także podziękować.
Nie musisz za wszelką cenę być konsekwentny i solidaryzować się z innymi dorosłymi przeciw dziecku, jeśli wiesz, że nie mają racji, a dziecku dzieje się krzywda.
Gdy nie wiesz, jak postąpić, pomyśl, jak ty byś się poczuł, gdybyś był na jego miejscu.
Staraj się być adwokatem własnego dziecka.
Jeżeli żyje ono w atmosferze krytyki, uczy się potępiać.
Jeśli doświadcza wrogości, uczy się agresji.
Jeżeli dziecko musi znosić kpiny, uczy się nieśmiałości.
Gdy jest zawstydzone, uczy się poczucia winy.
Jeżeli żyje w atmosferze zachęty i wsparcia, uczy się nadziei i wiary w siebie.
Jeśli żyje w atmosferze tolerancji, uczy się szacunku.
Jeżeli dziecko jest akceptowane i chwalone, uczy się doceniać innych za to, kim są.
Jeśli dziecko żyje w atmosferze uczciwości, uczy się sprawiedliwości.
Jeżeli żyje w atmosferze bezpieczeństwa, uczy się ufności.
Jeśli dziecko żyje w atmosferze aprobaty i uznania, uczy się własnej wartości oraz polubi siebie. Jeżeli żyje w klimacie akceptacji, przyjaźni i miłości, uczy się znajdować dobro i miłość w świecie oraz dawać je i przyjmować.

środa, 1 grudnia 2010

Test na Polityka

„Władca, który nie króluje w sercu swych ludów, jest niczym”. Wydaje się, że Napoleon Bonaparte posiadał całkiem realistyczny test oraz zgrabną, logiczną i myślę, że prawdziwą receptę na sukces polityczny. Jednak coś zawiodło. Ostatecznie wielu ludzi z jego otoczenia przyklasnęło wygnaniu go. Podobny los podzielił, pierwotnie umiłowany przez własny lud, a później przezeń otruty Aleksander Wielki. Adolf Hitler także królował w sercach obywateli Trzeciej Rzeszy, aby ostatecznie jedynie zrządzeniem losu uniknąć śmierci w zamachu bombowym, zorganizowanym przez jego oficerów. Umiłowany wódz i dziecko rewolucji bolszewickiej, Stalin, także ciągle żył w niepewności i obawie o swoje życie. Z czasem wymienieni wodzowie mieli w swoich krajach tyle samo wrogów co popleczników. Myślę, że było tak, ponieważ siłą narzucali swoją wielkość. Automatycznie aprobata, a tym bardziej umiłowanie stały się wartościami wysoce kontrowersyjnymi i podlegającymi niejednorodnej ocenie.

Należy więc umieć oceniać i polityków wybierać według zdrowych kryteriów. W naszej rzeczywistości wg ekonomii i kryteriów wolnego rynku przynoszących narodom dobrobyt, dobre obyczaje i normalność, do której podobno sami dążymy. Wiedzmy więc, jak to robić.

Prawicowiec to człowiek tworzący takie prawo i tak głosujący w parlamencie, aby dać zasoby, środki i wszelkie przywileje klasie najwyższej, czyli tej, która ma absolutne zdolności przedsiębiorcze, wszelkie możliwości, wykształcenie, tradycje, światopogląd, moc sprawczą i wyczucie wszelkich sytuacji (z ekonomii: animal feeling). Prawicowiec daje klasie budującej gospodarkę, więc państwo. Tej, do której Ronald Reagan, prezydent USA, apelował i w 1981 roku prosił o trzymanie pieniędzy w amerykańskich bankach. Z tych na górze kapie na tych pośrodku,
pracujących dla tych na górze. Z tych pośrodku kapie na tych najniżej, którzy dla nich pracują i też godnie zarabiają. To jak naturalny łańcuch pokarmowy. Inny model nie zadziała dobrze, zwłaszcza w połączeniu z naszą ludzką naturą, która jest kluczem do zamożności narodów. Już setki lat temu wiedział o tym Adam Smith, pisząc do dziś zawierające większość ekonomicznych pewników dzieło The Wealth of Nations.

Z amerykańska, to "Trickle Down Economy" - kapiąca w dół ekonomia. Mało w tym demokracji, a dużo natury i pewnego poszukiwanego przez specjalistów wszelkich dziecin, od fizyków, matematyków, poprzez filozofów, ekonomistów i artystów "uniwersalnego kodu życia". Ale ma to znaczenie, gdy przy państwie i jego dobrych strukturach zaczynają majstrować amatorzy lub karierowicze - populiści. Dużo w tym jednak sprawiedliwości społecznej.

Lewicowiec natomiast to ten, kto daje tym na dole. Z nich na nikogo nie skapnie, nikt na tym nie skorzysta. Oni po prostu przejedzą to, co dostaną, a gospodarka, więc państwo, zgodnie z taką ekonomią nie skorzysta na tym, więc my wszyscy też nie. Dlatego właśnie mówi się, że gdy
zanika klasa średnia, to z ekonomią w państwie musi się dziać coś złego. Tym bardziej biednieje i rośnie wówczas klasa najniższa, bo potencjalnie żywiąca ją klasa średnia nie ma się z kogo utrzymać i też zasila szeregi o stopień niższej grupy. Nie istnieją szanse na łatwy awans społeczny. Nie ma miejsca naturalna międzyklasowa symbioza, współpraca oraz konstruktywna koegzystencja, istnieją natomiast rywalizacja, niezadowolenie i napięcia społecznie. Najbardziej walczy się o prawa i wyższe pensje, więc o sprawy fundamentalnie bytowe. To niedostatek,
zubożenie, demoralizacja i zapaść cywilizacyjna. Społeczeństwo rozwarstwia się wówczas na coraz biedniejszych i coraz bogatszych lub w najlepszym wypadku, tak jak w Polsce, pozostaje w nierównowadze i w stagnacji, gdzie łatwe i szybkie zmiany nie są możliwe. Ktoś pewnie w zamian za ich głosy daje niewłaściwym ludziom, wyrządzając im i nam wszystkim krzywdę.

Powodzenia...w tworzeniu nowej polskiej normalnej rzeczywistości.

wtorek, 30 listopada 2010

"Głupi Amerykanie"

Jeden mały temacik, który nie wiedzieć czemu tak bardzo porusza nie tylko polskie nerwy. Szczegółowe kontrole na amerykańskich lotniskach oburzają nas i wydają się nam znieważaniem ludzkiej godności.

Po pierwsze, aby zrozumieć Amerykanów, należy uzmysłowić sobie, że dla USA jest to sprawa realnego bezpieczeństwa narodowego. Czyż potrzeba na to lepszego dowodu niż 9-11 (atak na World Trade Center i Pentagon)? Ameryka to nie Polska, posiada zupełnie inne potrzeby w tym zakresie. Po drugie, cieszę się, że dzięki temu mój lot przez Atlantyk jest o wiele bezpieczniejszy. Naturalnie nigdy, nawet jako amerykański obywatel, nie czułem się poniżany tymi kontrolami. Tak, przyznaję, ludzie przekraczający granice USA z paszportami cudzoziemca są czasami poddawani bardziej szczegółowej kontroli, ale to także należy tłumaczyć potrzebą chwili.

W katastrofie WTC zginęło bardzo wielu amerykańskich i zagranicznych turystów, w tym młody Polak, z którego matką wywiad oglądałem w telewizji. Kontrole te są raczej konieczne dla bezpieczeństwa nas wszystkich, tak podróżujących, jak i przebywających w Stanach Zjednoczonych. Lepsze to niż fakt, że pewnego razu jeden z naszych dziennikarzy śledczych był w stanie podejść na płycie międzynarodowego lotniska Okęcie do rejsowego boeinga i dotknąć samolotu. Z Warszawy samoloty kursują bezpośrednio także do USA.

Amerykanie robią, co mogą. Reagują logicznie, choć z pewnością zadanie jest przytłaczające, więc podejmowane środki i tak przypuszczalnie nie są wystarczające. Groźba następnej spektakularnej akcji terrorystycznej na terenie USA jest realna. Myślę, że Amerykanie zastanawiają się raczej, co jeszcze można zrobić, aby zapewnić wszystkim bezpieczeństwo. Gdy znajdą inne realne i dobre pomysły na to, na pewno zostaną one jednomyślnie wprowadzone w życie. Jednak my, Polacy, którzy nie potrafiliśmy stworzyć żadnego wydajnego systemu, poddajemy to wszystko w wątpliwość.

Proponuję wszystkim ślepo krytykującym Amerykę Polakom, aby po prostu zrobili jej oraz całemu światu psikusa i sami stworzyli idealny system. Jest jednak łatwiejsze wyjście. Uczmy się od Amerykanów. Błagam, zależy mi na tym.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Sedno polskiego problemu

Istnieją kluczowe i ewidentne kwestie kulturowo-cywilizacyjne, które w moim przekonaniu są najważniejsze dla nas, Polaków, abyśmy mogli odnieść sukces w pełnym tego słowa znaczeniu. Powinny być one priorytetowe i fundamentalne. Jednak kwestie te z zadziwiającą łatwością zaniedbujemy na rzecz spraw przyziemnych i rozpraszających naszą uwagę. Brak nam koncentracji na celu, który nie jest w Polsce jasno określony i uznany za korzystny dla wszystkich. Przez to brak
także konsensusu.

Nasuwa się refleksja, dlaczego nie każdy potrafi dostrzec te anomalie, a zwłaszcza dlaczego nie widzą ich ci, którzy mają do tego najwięcej okazji i posiadają moc sprawczą, pozwalającą im zmieniać rzeczywistość. Mowa tu o politykach i tak zwanej elicie. Powodem tego stanu rzeczy jest brak krytycznej wiedzy, a więc świadomości. Bez tej świadomości nie można choćby zacząć budować niczego; nowoczesnego i konkurencyjnego społeczeństwa, silnej gospodarki, a w konsekwencji zdrowego państwa.

W dzisiejszym świecie i w naszym położeniu nie można pozwolić sobie na nierozumienie Amerykanów, Anglików, Belgów, Niemców czy Szwedów i ich, bądź co bądź, sprawdzonej koncepcji na dobre życie. Gdybyśmy rozumieli pryncypialny świat Zachodu, to z odpowiednią wiedzą, powagą i zrozumieniem umielibyśmy z łatwością i efektywnie ingerować w od lat ustalone, tamtejsze dojrzałe systemy. Nasze poczynania miałyby sens, a z pewnością także i posłuch. Liczono by się z nami na zasadzie równości i partnerstwa. Ale my sami stawiamy się w pozycji nieoświeconego i nieuświadomionego młokosa, za którego należy konstruktywnie myśleć i z którym trzeba się liczyć tylko dla świętego spokoju. Właśnie tego polska (czytaj polskie elity) nigdy nie dostrzega, więc przecenia się kiedy tylko nadarza się okazja. To ignorancja.

Mówię to wszystko z być może wątpliwym założeniem, że nie mamy innych problemów, natury genetycznej.

wtorek, 19 października 2010

Tolerancja !!!

„Nie zgadzam się z tym, co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć”
– Francois-Marie Arouet (Voltaire)

Pomyślałem, że może coś w tym jest, gdy zauważyłem istotną różnicę w definicjach tolerancji zaczerpniętych z różnych amerykańskich i polskich słowników. Amerykanie nigdy nie określili tolerancji mianem cierpliwej wytrwałości. Gdy usłyszy się takie słowa, od razu ma się wrażenie, że tolerancja to jakaś droga przez mękę. Coś nieprzyjemnego. Że to coś, co tylko utrzymuje nas w stanie równowagi psychicznej w czasie ciągłego dyskomfortu wywołanego chroniczną irytacją, czymś ponad nasze siły. Czy więc nie pojmujemy w Polsce tolerancji jako niewątpliwej edukacji i świadomości eliminującej niewiedzę, a co za tym idzie – pozwalającej poznać i akceptować to, co jest inne? Czy tolerancja to dla nas głównie konieczność wytrzymywania czyichś przeszkadzających nam odmienności? Czy tak jak ten reformator świata i autor powyższego cytatu nie uważamy, że to aż tak ważne? Czy w Polsce nie szanujemy różnorodności w sposób naturalny? A tych odmienności, a więc dla nas dyskomfortów, może być bez liku, czy zatem my, Polacy, tylko tym się na co dzień zajmujemy, żeby nie zwariować z powodu innych ludzi? Chyba tak właśnie trochę wygląda życie w polskim społeczeństwie. Tak czujemy się na ulicy, w polityce, a także tak wyglądamy, wypowiadając różne nieprzemyślane kwestie w obecności naszych dzieci,
przez co uczymy je nietolerancji już w domu.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Systemy wartości a separacja Kościoła i państwa

Religia i polityka to dwie zupełnie odmienne dyscypliny życia. Kierują się one odrębnymi, wręcz skrajnymi systemami wartości.

System wartości to jakby lista możliwych i niemożliwych działań oraz aktów, czynów. Na przykład w Polsce przed II Wojną Światową można było posiadać tytuł arystokratyczny. Natomiast po wojnie stało się to już niemożliwe, bo wraz z komunizmem zmienił się system wartości.

Dlatego współistnienie państwa i religii na jednej płaszczyźnie nigdy nie przynosi dobrych rezultatów. Nie jest to dobry pomysł i nie gwarantuje odpowiednich efektów, gdyż w państwie prawa i demokracji istnieje bardzo wiele społecznych, etycznych, naukowych, ekonomicznych i dyplomatycznych pojęć, które są w zasadzie możliwe z punktu widzenia polityki i demokracji, ale niemożliwe z punktu widzenia religii i Kościoła. Najbardziej wyraziste z nich to na przykład eutanazja, aborcja, prawa gejów i ludzi żyjących w wolnych związkach, badania nad klonami,
a nawet sztuczne zapłodnienie lub antykoncepcja.

Więc, czy my, Polacy, tworzymy dla siebie państwo prawa i demokracji w pełni? Istnieją oczywiście także inne kwestie.

sobota, 31 lipca 2010

Demokracja a Kompromis

Bez kompromisów nie ma demokracji. Demokracja nie oznacza, że wszyscy mogą robić, co chcą. W zasadzie jest zupełnie odwrotnie. W demokracji wszyscy są mniej lub bardziej ograniczeni. Jeżeli chce się żyć w poukładanym i wolnym kraju, to należy godzić się na ograniczenia wolności. Demokracja to w istocie nie naturalna chęć, lecz umiejętność i sztuka pogodzenia wszystkich, gdzie potrzeby wielu są ważniejsze od potrzeb niewielu, których, jako mniejszość, należy jednak chronić, a ich potrzeby też muszą być wyrażone.

Kompromis to nie coś, z czego – jak sądzi się w naszym kraju – jesteśmy zadowoleni, lecz coś, co często z bólem akceptujemy, co ostatecznie jesteśmy w stanie przyjąć, z czym możemy żyć, z czym się godzimy. Kompromis powinien pozostawiać niedosyt, a może nawet frustrację z powodu poczucia straty, ale również musi dawać świadomość osiągnięcia czegoś dla nas istotnego. Czegoś, za co warto było coś poświęcić.

Bardzo istotne, a wręcz genialne dla demokracji jest w kompromisach to, że gdy się je osiąga, to ostatecznie dochodzi się do sytuacji, w której nikt nie przegrywa. Nikt nie jest przegłosowany! Wszyscy godzą się na to samo. Dzięki temu demokratyczny system staje się stabilny. W ten sposób demokracja nie rządzi się prawem większości, lecz prawem wszystkich i dobrem ogółu, co jest jej sednem. Po to zawsze należy najpierw dążyć do kompromisów, a nie przeliczać sejmową arytmetykę.

czwartek, 29 lipca 2010

Edukacja w Polsce

„Najbardziej praktyczna jest dobra teoria”. Można zatem uznać, że najlepsza jest dobra teoria.

Gdy bawiąc się w ten sposób słowami, mistrz teorii Albert Einstein zwerbalizował tę myśl, to znaczy, że chciał się nią z nami podzielić, bo myślał, że to istotne. Faktycznie, jest to bardzo
istotne, bo z pewnością chodziło mu o to, że gdy chce się cokolwiek osiągnąć, najpierw trzeba mieć dobry plan. Każda praktyka musi być podparta dobrą teorią, a najlepiej bardzo dobrą. Inaczej nie da się realnie osiągnąć niczego sensownego. Im lepsza teoria, tym lepsza praktyka. A im większa wiedza, tym lepsza teoria. Na szczęście wiedzy można poszukiwać i zdobywać ją. Warunek jest jednak taki: wiedza musi być tak samo dobra jak teoria, a nawet najlepsza. Nie ma innej dobrej drogi. Najpierw należy się doskonale wykształcić i uświadomić, aby tworzyć bardzo dobre teorie, a wówczas bardzo dobrze radzić sobie w praktyce. To jest najistotniejsze i taki wniosek wyciągam z tej złotej myśli Einsteina. W swoim żargonie bardzo dobrze i prosto, choć przewrotnie wyrażają to także amerykańscy informatycy: „Shit in, shit out” („»G« wprowadzisz i zaprogramujesz do komputera, »g« w efekcie otrzymasz z powrotem”).

Można by wycisnąć z frazy Einsteina esencję i od razu powiedzieć, że najlepsza jest dobra wiedza. Jednak w swoim innym wyrażeniu Einstein o krok wyprzedza takie stwierdzenie, mówiąc: „Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy, ponieważ wiedza jest ograniczona”. To właśnie ciekawość i wyobraźnia prowadzą do nowej wiedzy. Trzeba więc stymulować ciekawość i wyobraźnię. U nas jednak, co nieprzypadkowo i zwrotnie jest oczywiście owocem braku koniecznej wiedzy, systemowo pomija się ten najistotniejszy oraz fundamentalny krok i od razu chce się dostarczać ludziom wyłącznie jakąś bliżej niewyjaśnioną wiedzę, mającą postać suchych, oderwanych od kontekstu faktów, którą najlepiej w całości zapamiętać. Najczęściej jesteśmy nią przeładowani i brakuje miejsca na naukę samodzielnego, logicznego i konstruktywnego myślenia oraz na podejmowanie własnej inicjatywy.

Wszyscy nadal doskonale znamy np. doktrynę Lenina, antybohatera Hitlera, czy Czterech Pancernych. Czy komuniści byli o tyle lepsi od nas w edukowaniu ludzi, skoro ich metody i racje przetrwały i nadal królują w naszych instytucjach i umysłach? Czy my coś dzisiaj zmieniamy? Europa jest tak blisko, niemniej jednak z pewnością daleko do niej pod względem myślenia.

A tymczasem bardzo dobra, wszechstronna, dobrze ukierunkowana i prawdziwie powszechna EDUKACJA (WIEDZA I ŚWIADOMOŚĆ), jakiej nam trzeba, jest tak wysoce istotna, że jej brak powoduje, iż dzisiaj przeciętny Polak najbardziej pragnie dla swojego kraju tego, co dla niego samego i dla tegoż kraju jest złe.

sobota, 10 lipca 2010

Uwarynkowywanie Ludzi

Jednym z pewników psychologii jest to, że ludzie rozumieją i interpretują świat przez język, jakim mówią. Języki są jak rozmaite kolorowe szkiełka, przez które różni ludzie inaczej widzą świat, zarówno rzeczywisty i codzienny, jak i abstrakcyjny, metafizyczny. Niejednakowo widzą naukę, muzykę, więc sztuki ścisłe i liberalne, a także życie. Czyli ludzie widzą i rozumieją otaczający ich świat i ludzi w taki sposób, na jaki pozwoli im składnia, logika i gramatyka ich rodzimego języka.

My mówimy po słowiańsku. To grupa języków znacznie różniących się od języków obowiązujących w reszcie państw od dawna naturalnie zjednoczonej Europy. W języku angielskim na przykład, ale nie tylko, nieodmienne słowa można przestawiać w zdaniach i frazach na różne sposoby jak klocki Lego, za każdym razem konstruując inny niuans, moment, zamysł, zabarwienie i kontekst lub totalnie wręcz przestawiając znaczenie i logikę wypowiedzi. W ten sposób osiąga się niewyobrażalną głębię językową. Można wyrażać myśli i uczucia na bardzo wiele różnych sposobów. Jednocześnie angielski jest jednym z języków o najliczniejszym
słownictwie. Jego gramatyka jest prostsza oraz bardzo elastyczna; mieści i kreuje bardzo wiele pojęć. Można też tworzyć i używać nowych, intuicyjnych, lecz logicznych słów na potrzebę chwili.

Nasz język nie jest jak klocki, z których można ułożyć rozmaitość form: auto, diabelski młyn czy całe miasteczko Lego. Jest raczej jak puzzle, które da się ułożyć tylko w jeden sposób. My, jak liczne i unikalne wycięcia w puzzlach, mamy w naszym języku tylko odpowiednio pasujące do siebie, sztywne koniugacje, deklinacje i masę gramatycznych reguł. To wszystko ogranicza nasze wypowiedzi do koniecznego minimum, do przekazania wiadomości i co najwyżej ubarwienia, które wyrażamy słowami-ozdobnikami, a nie w presumpcji, domniemaniu i w pewnej spekulatywnej i kreatywnej logice.

Tak więc niewątpliwie również widzimy oraz interpretujemy świat i obcujemy z ludźmi. Myślę, że robimy to trochę nieelastycznie, prosto, dosłownie i twardo, więc infantylnie. Podobnie jak dziecko, widzimy świat egocentrycznie. Dostrzegamy tylko to, co jest wokół nas. Stoimy w środku wszechświata. Nie podnosząc głowy, głównie patrzymy pod nogi. Niemcy czy Pigmeje na pewno robią to jeszcze inaczej.

piątek, 9 lipca 2010

Miłość Bliźniego - recepta na wszystkie bolączki Polaków

Wystarczy się przez chwilę zastanowić, żeby odkryć, iż nie ma na świecie innych źródeł zła niż niepoprawne relacje między ludźmi.

Było to tak wielkie zderzenie z innością i szok kulturowy, że już nigdy nie zapomniałem, kiedy jako młody Polak pierwszy raz zetknąłem się z ludźmi prawdziwie wyznającymi własną wiarę, oddanymi Bogu i wedle nauk tej wiary prawdziwie żyjącymi. Było to tak różne od pozoranctwa, obrządkowości i wymuszonej obowiązkowości, do jakich przyzwyczajano mnie od dziecka w naszym Kościele, a byłem kiedyś nawet ministrantem, że najpierw zacząłem odbierać wiarę tych ludzi trochę sekciarsko. To był kontakt z inną rzeczywistością, który następnie poprzez zrozumienie uprzedniego życia w kłamstwie przerodził się w świadomość zetknięcia się z prawdą. To było jak pierwsze otwarcie oczu na nowy świat po spędzeniu całego życia w socjalizmie. To religijne doświadczenie było po prostu tylko częścią mojego odkrywania i chłonięcia Zachodu z punktu widzenia dobrze dającej się odczuć normalności.

Wedle wiary chrześcijańskiej zbawienie realizuje się przecież poprzez realia codziennej rzeczywistości. Miłość i dobroć to wolność. Jest w życiu pewien uniwersalny dla wszystkich sens, a gdy zostanie zakłócony, rzeczy się komplikują. Na jakie sposoby my wyrażamy swoją wiarę w poprawne relacje z bliźnimi? Jeżeli nie w sklepowej kolejce, nie przez rzetelnie wykonaną pracę, nie poprzez tolerancję w stosunku do odmienności innych ludzi, to może na polskich drogach? Upss! Tam też nie? A gdzie?

Pójście do kościoła raz w tygodniu, gdy czuje się nad głową bicz Boży, jest raczej pójściem na łatwiznę. Należy raczej rozumieć mądrość, sens i piękno dobrego życia.

Jak ugotować polski bigos - refleksje Polaka ukształtowanego w USA

KSIĄŻKA ISTOTNA DLA KAŻDEGO POLAKA DOSTĘPNA POD:
http://zaczytani.pl/ksiazka/jak_ugotowac_polski_bigos_refleksje_polaka,druk

Opis i recenzje książki

„Jak ugotować polski bigos” to praca publicystyczna na pograniczu kulturoznawstwa, ekonomii, politologii, socjologii i filozofii – dziedzin powszechnie nauczanych w USA. Wskazuje uchybienia we wciąż formującym się polskim systemie ustrojowym. Książka stawia pytanie, dlaczego nie każdy potrafi dostrzec otaczające nas anomalie, a zwłaszcza dlaczego nie widzą ich ci, którzy mają do tego najwięcej okazji i posiadają moc sprawczą, która pozwala im zmieniać rzeczywistość. Mowa tu o politykach i tak zwanej elicie. Autor stawia tezę, że powodem tego stanu rzeczy jest brak dobrej edukacji i krytycznej wiedzy, a w konsekwencji brak świadomości.

Wojciech Turyk, ur. w 1965 r. pod znakiem Strzelca, w roku węża, w rodzinie rzemieślniczej, w warszawskim szpitalu przy ulicy Karowej. Wczesną młodość spędził w stołecznych dzielnicach Ursus i Wola. W wieku osiemnastu lat w tajemnicy przed rodzicami zdobył paszport oraz wizę i, nie kończąc szkoły średniej, uciekł do Hamburga. Tam, w obozie dla uchodźców politycznych rozpoczął procedurę emigracyjną do USA, gdzie spędził następne piętnaście lat życia. Rezydował w Dallas, Nowym Jorku, Los Angeles i Las Vegas. Z końcem lat dziewięćdziesiątych, już jako obywatel USA, z rodziną zamieszkał w Warszawie.