Jeden mały temacik, który nie wiedzieć czemu tak bardzo porusza nie tylko polskie nerwy. Szczegółowe kontrole na amerykańskich lotniskach oburzają nas i wydają się nam znieważaniem ludzkiej godności.
Po pierwsze, aby zrozumieć Amerykanów, należy uzmysłowić sobie, że dla USA jest to sprawa realnego bezpieczeństwa narodowego. Czyż potrzeba na to lepszego dowodu niż 9-11 (atak na World Trade Center i Pentagon)? Ameryka to nie Polska, posiada zupełnie inne potrzeby w tym zakresie. Po drugie, cieszę się, że dzięki temu mój lot przez Atlantyk jest o wiele bezpieczniejszy. Naturalnie nigdy, nawet jako amerykański obywatel, nie czułem się poniżany tymi kontrolami. Tak, przyznaję, ludzie przekraczający granice USA z paszportami cudzoziemca są czasami poddawani bardziej szczegółowej kontroli, ale to także należy tłumaczyć potrzebą chwili.
W katastrofie WTC zginęło bardzo wielu amerykańskich i zagranicznych turystów, w tym młody Polak, z którego matką wywiad oglądałem w telewizji. Kontrole te są raczej konieczne dla bezpieczeństwa nas wszystkich, tak podróżujących, jak i przebywających w Stanach Zjednoczonych. Lepsze to niż fakt, że pewnego razu jeden z naszych dziennikarzy śledczych był w stanie podejść na płycie międzynarodowego lotniska Okęcie do rejsowego boeinga i dotknąć samolotu. Z Warszawy samoloty kursują bezpośrednio także do USA.
Amerykanie robią, co mogą. Reagują logicznie, choć z pewnością zadanie jest przytłaczające, więc podejmowane środki i tak przypuszczalnie nie są wystarczające. Groźba następnej spektakularnej akcji terrorystycznej na terenie USA jest realna. Myślę, że Amerykanie zastanawiają się raczej, co jeszcze można zrobić, aby zapewnić wszystkim bezpieczeństwo. Gdy znajdą inne realne i dobre pomysły na to, na pewno zostaną one jednomyślnie wprowadzone w życie. Jednak my, Polacy, którzy nie potrafiliśmy stworzyć żadnego wydajnego systemu, poddajemy to wszystko w wątpliwość.
Proponuję wszystkim ślepo krytykującym Amerykę Polakom, aby po prostu zrobili jej oraz całemu światu psikusa i sami stworzyli idealny system. Jest jednak łatwiejsze wyjście. Uczmy się od Amerykanów. Błagam, zależy mi na tym.
wtorek, 30 listopada 2010
poniedziałek, 1 listopada 2010
Sedno polskiego problemu
Istnieją kluczowe i ewidentne kwestie kulturowo-cywilizacyjne, które w moim przekonaniu są najważniejsze dla nas, Polaków, abyśmy mogli odnieść sukces w pełnym tego słowa znaczeniu. Powinny być one priorytetowe i fundamentalne. Jednak kwestie te z zadziwiającą łatwością zaniedbujemy na rzecz spraw przyziemnych i rozpraszających naszą uwagę. Brak nam koncentracji na celu, który nie jest w Polsce jasno określony i uznany za korzystny dla wszystkich. Przez to brak
także konsensusu.
Nasuwa się refleksja, dlaczego nie każdy potrafi dostrzec te anomalie, a zwłaszcza dlaczego nie widzą ich ci, którzy mają do tego najwięcej okazji i posiadają moc sprawczą, pozwalającą im zmieniać rzeczywistość. Mowa tu o politykach i tak zwanej elicie. Powodem tego stanu rzeczy jest brak krytycznej wiedzy, a więc świadomości. Bez tej świadomości nie można choćby zacząć budować niczego; nowoczesnego i konkurencyjnego społeczeństwa, silnej gospodarki, a w konsekwencji zdrowego państwa.
W dzisiejszym świecie i w naszym położeniu nie można pozwolić sobie na nierozumienie Amerykanów, Anglików, Belgów, Niemców czy Szwedów i ich, bądź co bądź, sprawdzonej koncepcji na dobre życie. Gdybyśmy rozumieli pryncypialny świat Zachodu, to z odpowiednią wiedzą, powagą i zrozumieniem umielibyśmy z łatwością i efektywnie ingerować w od lat ustalone, tamtejsze dojrzałe systemy. Nasze poczynania miałyby sens, a z pewnością także i posłuch. Liczono by się z nami na zasadzie równości i partnerstwa. Ale my sami stawiamy się w pozycji nieoświeconego i nieuświadomionego młokosa, za którego należy konstruktywnie myśleć i z którym trzeba się liczyć tylko dla świętego spokoju. Właśnie tego polska (czytaj polskie elity) nigdy nie dostrzega, więc przecenia się kiedy tylko nadarza się okazja. To ignorancja.
Mówię to wszystko z być może wątpliwym założeniem, że nie mamy innych problemów, natury genetycznej.
także konsensusu.
Nasuwa się refleksja, dlaczego nie każdy potrafi dostrzec te anomalie, a zwłaszcza dlaczego nie widzą ich ci, którzy mają do tego najwięcej okazji i posiadają moc sprawczą, pozwalającą im zmieniać rzeczywistość. Mowa tu o politykach i tak zwanej elicie. Powodem tego stanu rzeczy jest brak krytycznej wiedzy, a więc świadomości. Bez tej świadomości nie można choćby zacząć budować niczego; nowoczesnego i konkurencyjnego społeczeństwa, silnej gospodarki, a w konsekwencji zdrowego państwa.
W dzisiejszym świecie i w naszym położeniu nie można pozwolić sobie na nierozumienie Amerykanów, Anglików, Belgów, Niemców czy Szwedów i ich, bądź co bądź, sprawdzonej koncepcji na dobre życie. Gdybyśmy rozumieli pryncypialny świat Zachodu, to z odpowiednią wiedzą, powagą i zrozumieniem umielibyśmy z łatwością i efektywnie ingerować w od lat ustalone, tamtejsze dojrzałe systemy. Nasze poczynania miałyby sens, a z pewnością także i posłuch. Liczono by się z nami na zasadzie równości i partnerstwa. Ale my sami stawiamy się w pozycji nieoświeconego i nieuświadomionego młokosa, za którego należy konstruktywnie myśleć i z którym trzeba się liczyć tylko dla świętego spokoju. Właśnie tego polska (czytaj polskie elity) nigdy nie dostrzega, więc przecenia się kiedy tylko nadarza się okazja. To ignorancja.
Mówię to wszystko z być może wątpliwym założeniem, że nie mamy innych problemów, natury genetycznej.
wtorek, 19 października 2010
Tolerancja !!!
„Nie zgadzam się z tym, co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć”
– Francois-Marie Arouet (Voltaire)
Pomyślałem, że może coś w tym jest, gdy zauważyłem istotną różnicę w definicjach tolerancji zaczerpniętych z różnych amerykańskich i polskich słowników. Amerykanie nigdy nie określili tolerancji mianem cierpliwej wytrwałości. Gdy usłyszy się takie słowa, od razu ma się wrażenie, że tolerancja to jakaś droga przez mękę. Coś nieprzyjemnego. Że to coś, co tylko utrzymuje nas w stanie równowagi psychicznej w czasie ciągłego dyskomfortu wywołanego chroniczną irytacją, czymś ponad nasze siły. Czy więc nie pojmujemy w Polsce tolerancji jako niewątpliwej edukacji i świadomości eliminującej niewiedzę, a co za tym idzie – pozwalającej poznać i akceptować to, co jest inne? Czy tolerancja to dla nas głównie konieczność wytrzymywania czyichś przeszkadzających nam odmienności? Czy tak jak ten reformator świata i autor powyższego cytatu nie uważamy, że to aż tak ważne? Czy w Polsce nie szanujemy różnorodności w sposób naturalny? A tych odmienności, a więc dla nas dyskomfortów, może być bez liku, czy zatem my, Polacy, tylko tym się na co dzień zajmujemy, żeby nie zwariować z powodu innych ludzi? Chyba tak właśnie trochę wygląda życie w polskim społeczeństwie. Tak czujemy się na ulicy, w polityce, a także tak wyglądamy, wypowiadając różne nieprzemyślane kwestie w obecności naszych dzieci,
przez co uczymy je nietolerancji już w domu.
– Francois-Marie Arouet (Voltaire)
Pomyślałem, że może coś w tym jest, gdy zauważyłem istotną różnicę w definicjach tolerancji zaczerpniętych z różnych amerykańskich i polskich słowników. Amerykanie nigdy nie określili tolerancji mianem cierpliwej wytrwałości. Gdy usłyszy się takie słowa, od razu ma się wrażenie, że tolerancja to jakaś droga przez mękę. Coś nieprzyjemnego. Że to coś, co tylko utrzymuje nas w stanie równowagi psychicznej w czasie ciągłego dyskomfortu wywołanego chroniczną irytacją, czymś ponad nasze siły. Czy więc nie pojmujemy w Polsce tolerancji jako niewątpliwej edukacji i świadomości eliminującej niewiedzę, a co za tym idzie – pozwalającej poznać i akceptować to, co jest inne? Czy tolerancja to dla nas głównie konieczność wytrzymywania czyichś przeszkadzających nam odmienności? Czy tak jak ten reformator świata i autor powyższego cytatu nie uważamy, że to aż tak ważne? Czy w Polsce nie szanujemy różnorodności w sposób naturalny? A tych odmienności, a więc dla nas dyskomfortów, może być bez liku, czy zatem my, Polacy, tylko tym się na co dzień zajmujemy, żeby nie zwariować z powodu innych ludzi? Chyba tak właśnie trochę wygląda życie w polskim społeczeństwie. Tak czujemy się na ulicy, w polityce, a także tak wyglądamy, wypowiadając różne nieprzemyślane kwestie w obecności naszych dzieci,
przez co uczymy je nietolerancji już w domu.
wtorek, 17 sierpnia 2010
Systemy wartości a separacja Kościoła i państwa
Religia i polityka to dwie zupełnie odmienne dyscypliny życia. Kierują się one odrębnymi, wręcz skrajnymi systemami wartości.
System wartości to jakby lista możliwych i niemożliwych działań oraz aktów, czynów. Na przykład w Polsce przed II Wojną Światową można było posiadać tytuł arystokratyczny. Natomiast po wojnie stało się to już niemożliwe, bo wraz z komunizmem zmienił się system wartości.
Dlatego współistnienie państwa i religii na jednej płaszczyźnie nigdy nie przynosi dobrych rezultatów. Nie jest to dobry pomysł i nie gwarantuje odpowiednich efektów, gdyż w państwie prawa i demokracji istnieje bardzo wiele społecznych, etycznych, naukowych, ekonomicznych i dyplomatycznych pojęć, które są w zasadzie możliwe z punktu widzenia polityki i demokracji, ale niemożliwe z punktu widzenia religii i Kościoła. Najbardziej wyraziste z nich to na przykład eutanazja, aborcja, prawa gejów i ludzi żyjących w wolnych związkach, badania nad klonami,
a nawet sztuczne zapłodnienie lub antykoncepcja.
Więc, czy my, Polacy, tworzymy dla siebie państwo prawa i demokracji w pełni? Istnieją oczywiście także inne kwestie.
System wartości to jakby lista możliwych i niemożliwych działań oraz aktów, czynów. Na przykład w Polsce przed II Wojną Światową można było posiadać tytuł arystokratyczny. Natomiast po wojnie stało się to już niemożliwe, bo wraz z komunizmem zmienił się system wartości.
Dlatego współistnienie państwa i religii na jednej płaszczyźnie nigdy nie przynosi dobrych rezultatów. Nie jest to dobry pomysł i nie gwarantuje odpowiednich efektów, gdyż w państwie prawa i demokracji istnieje bardzo wiele społecznych, etycznych, naukowych, ekonomicznych i dyplomatycznych pojęć, które są w zasadzie możliwe z punktu widzenia polityki i demokracji, ale niemożliwe z punktu widzenia religii i Kościoła. Najbardziej wyraziste z nich to na przykład eutanazja, aborcja, prawa gejów i ludzi żyjących w wolnych związkach, badania nad klonami,
a nawet sztuczne zapłodnienie lub antykoncepcja.
Więc, czy my, Polacy, tworzymy dla siebie państwo prawa i demokracji w pełni? Istnieją oczywiście także inne kwestie.
sobota, 31 lipca 2010
Demokracja a Kompromis
Bez kompromisów nie ma demokracji. Demokracja nie oznacza, że wszyscy mogą robić, co chcą. W zasadzie jest zupełnie odwrotnie. W demokracji wszyscy są mniej lub bardziej ograniczeni. Jeżeli chce się żyć w poukładanym i wolnym kraju, to należy godzić się na ograniczenia wolności. Demokracja to w istocie nie naturalna chęć, lecz umiejętność i sztuka pogodzenia wszystkich, gdzie potrzeby wielu są ważniejsze od potrzeb niewielu, których, jako mniejszość, należy jednak chronić, a ich potrzeby też muszą być wyrażone.
Kompromis to nie coś, z czego – jak sądzi się w naszym kraju – jesteśmy zadowoleni, lecz coś, co często z bólem akceptujemy, co ostatecznie jesteśmy w stanie przyjąć, z czym możemy żyć, z czym się godzimy. Kompromis powinien pozostawiać niedosyt, a może nawet frustrację z powodu poczucia straty, ale również musi dawać świadomość osiągnięcia czegoś dla nas istotnego. Czegoś, za co warto było coś poświęcić.
Bardzo istotne, a wręcz genialne dla demokracji jest w kompromisach to, że gdy się je osiąga, to ostatecznie dochodzi się do sytuacji, w której nikt nie przegrywa. Nikt nie jest przegłosowany! Wszyscy godzą się na to samo. Dzięki temu demokratyczny system staje się stabilny. W ten sposób demokracja nie rządzi się prawem większości, lecz prawem wszystkich i dobrem ogółu, co jest jej sednem. Po to zawsze należy najpierw dążyć do kompromisów, a nie przeliczać sejmową arytmetykę.
Kompromis to nie coś, z czego – jak sądzi się w naszym kraju – jesteśmy zadowoleni, lecz coś, co często z bólem akceptujemy, co ostatecznie jesteśmy w stanie przyjąć, z czym możemy żyć, z czym się godzimy. Kompromis powinien pozostawiać niedosyt, a może nawet frustrację z powodu poczucia straty, ale również musi dawać świadomość osiągnięcia czegoś dla nas istotnego. Czegoś, za co warto było coś poświęcić.
Bardzo istotne, a wręcz genialne dla demokracji jest w kompromisach to, że gdy się je osiąga, to ostatecznie dochodzi się do sytuacji, w której nikt nie przegrywa. Nikt nie jest przegłosowany! Wszyscy godzą się na to samo. Dzięki temu demokratyczny system staje się stabilny. W ten sposób demokracja nie rządzi się prawem większości, lecz prawem wszystkich i dobrem ogółu, co jest jej sednem. Po to zawsze należy najpierw dążyć do kompromisów, a nie przeliczać sejmową arytmetykę.
czwartek, 29 lipca 2010
Edukacja w Polsce
„Najbardziej praktyczna jest dobra teoria”. Można zatem uznać, że najlepsza jest dobra teoria.
Gdy bawiąc się w ten sposób słowami, mistrz teorii Albert Einstein zwerbalizował tę myśl, to znaczy, że chciał się nią z nami podzielić, bo myślał, że to istotne. Faktycznie, jest to bardzo
istotne, bo z pewnością chodziło mu o to, że gdy chce się cokolwiek osiągnąć, najpierw trzeba mieć dobry plan. Każda praktyka musi być podparta dobrą teorią, a najlepiej bardzo dobrą. Inaczej nie da się realnie osiągnąć niczego sensownego. Im lepsza teoria, tym lepsza praktyka. A im większa wiedza, tym lepsza teoria. Na szczęście wiedzy można poszukiwać i zdobywać ją. Warunek jest jednak taki: wiedza musi być tak samo dobra jak teoria, a nawet najlepsza. Nie ma innej dobrej drogi. Najpierw należy się doskonale wykształcić i uświadomić, aby tworzyć bardzo dobre teorie, a wówczas bardzo dobrze radzić sobie w praktyce. To jest najistotniejsze i taki wniosek wyciągam z tej złotej myśli Einsteina. W swoim żargonie bardzo dobrze i prosto, choć przewrotnie wyrażają to także amerykańscy informatycy: „Shit in, shit out” („»G« wprowadzisz i zaprogramujesz do komputera, »g« w efekcie otrzymasz z powrotem”).
Można by wycisnąć z frazy Einsteina esencję i od razu powiedzieć, że najlepsza jest dobra wiedza. Jednak w swoim innym wyrażeniu Einstein o krok wyprzedza takie stwierdzenie, mówiąc: „Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy, ponieważ wiedza jest ograniczona”. To właśnie ciekawość i wyobraźnia prowadzą do nowej wiedzy. Trzeba więc stymulować ciekawość i wyobraźnię. U nas jednak, co nieprzypadkowo i zwrotnie jest oczywiście owocem braku koniecznej wiedzy, systemowo pomija się ten najistotniejszy oraz fundamentalny krok i od razu chce się dostarczać ludziom wyłącznie jakąś bliżej niewyjaśnioną wiedzę, mającą postać suchych, oderwanych od kontekstu faktów, którą najlepiej w całości zapamiętać. Najczęściej jesteśmy nią przeładowani i brakuje miejsca na naukę samodzielnego, logicznego i konstruktywnego myślenia oraz na podejmowanie własnej inicjatywy.
Wszyscy nadal doskonale znamy np. doktrynę Lenina, antybohatera Hitlera, czy Czterech Pancernych. Czy komuniści byli o tyle lepsi od nas w edukowaniu ludzi, skoro ich metody i racje przetrwały i nadal królują w naszych instytucjach i umysłach? Czy my coś dzisiaj zmieniamy? Europa jest tak blisko, niemniej jednak z pewnością daleko do niej pod względem myślenia.
A tymczasem bardzo dobra, wszechstronna, dobrze ukierunkowana i prawdziwie powszechna EDUKACJA (WIEDZA I ŚWIADOMOŚĆ), jakiej nam trzeba, jest tak wysoce istotna, że jej brak powoduje, iż dzisiaj przeciętny Polak najbardziej pragnie dla swojego kraju tego, co dla niego samego i dla tegoż kraju jest złe.
Gdy bawiąc się w ten sposób słowami, mistrz teorii Albert Einstein zwerbalizował tę myśl, to znaczy, że chciał się nią z nami podzielić, bo myślał, że to istotne. Faktycznie, jest to bardzo
istotne, bo z pewnością chodziło mu o to, że gdy chce się cokolwiek osiągnąć, najpierw trzeba mieć dobry plan. Każda praktyka musi być podparta dobrą teorią, a najlepiej bardzo dobrą. Inaczej nie da się realnie osiągnąć niczego sensownego. Im lepsza teoria, tym lepsza praktyka. A im większa wiedza, tym lepsza teoria. Na szczęście wiedzy można poszukiwać i zdobywać ją. Warunek jest jednak taki: wiedza musi być tak samo dobra jak teoria, a nawet najlepsza. Nie ma innej dobrej drogi. Najpierw należy się doskonale wykształcić i uświadomić, aby tworzyć bardzo dobre teorie, a wówczas bardzo dobrze radzić sobie w praktyce. To jest najistotniejsze i taki wniosek wyciągam z tej złotej myśli Einsteina. W swoim żargonie bardzo dobrze i prosto, choć przewrotnie wyrażają to także amerykańscy informatycy: „Shit in, shit out” („»G« wprowadzisz i zaprogramujesz do komputera, »g« w efekcie otrzymasz z powrotem”).
Można by wycisnąć z frazy Einsteina esencję i od razu powiedzieć, że najlepsza jest dobra wiedza. Jednak w swoim innym wyrażeniu Einstein o krok wyprzedza takie stwierdzenie, mówiąc: „Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy, ponieważ wiedza jest ograniczona”. To właśnie ciekawość i wyobraźnia prowadzą do nowej wiedzy. Trzeba więc stymulować ciekawość i wyobraźnię. U nas jednak, co nieprzypadkowo i zwrotnie jest oczywiście owocem braku koniecznej wiedzy, systemowo pomija się ten najistotniejszy oraz fundamentalny krok i od razu chce się dostarczać ludziom wyłącznie jakąś bliżej niewyjaśnioną wiedzę, mającą postać suchych, oderwanych od kontekstu faktów, którą najlepiej w całości zapamiętać. Najczęściej jesteśmy nią przeładowani i brakuje miejsca na naukę samodzielnego, logicznego i konstruktywnego myślenia oraz na podejmowanie własnej inicjatywy.
Wszyscy nadal doskonale znamy np. doktrynę Lenina, antybohatera Hitlera, czy Czterech Pancernych. Czy komuniści byli o tyle lepsi od nas w edukowaniu ludzi, skoro ich metody i racje przetrwały i nadal królują w naszych instytucjach i umysłach? Czy my coś dzisiaj zmieniamy? Europa jest tak blisko, niemniej jednak z pewnością daleko do niej pod względem myślenia.
A tymczasem bardzo dobra, wszechstronna, dobrze ukierunkowana i prawdziwie powszechna EDUKACJA (WIEDZA I ŚWIADOMOŚĆ), jakiej nam trzeba, jest tak wysoce istotna, że jej brak powoduje, iż dzisiaj przeciętny Polak najbardziej pragnie dla swojego kraju tego, co dla niego samego i dla tegoż kraju jest złe.
sobota, 10 lipca 2010
Uwarynkowywanie Ludzi
Jednym z pewników psychologii jest to, że ludzie rozumieją i interpretują świat przez język, jakim mówią. Języki są jak rozmaite kolorowe szkiełka, przez które różni ludzie inaczej widzą świat, zarówno rzeczywisty i codzienny, jak i abstrakcyjny, metafizyczny. Niejednakowo widzą naukę, muzykę, więc sztuki ścisłe i liberalne, a także życie. Czyli ludzie widzą i rozumieją otaczający ich świat i ludzi w taki sposób, na jaki pozwoli im składnia, logika i gramatyka ich rodzimego języka.
My mówimy po słowiańsku. To grupa języków znacznie różniących się od języków obowiązujących w reszcie państw od dawna naturalnie zjednoczonej Europy. W języku angielskim na przykład, ale nie tylko, nieodmienne słowa można przestawiać w zdaniach i frazach na różne sposoby jak klocki Lego, za każdym razem konstruując inny niuans, moment, zamysł, zabarwienie i kontekst lub totalnie wręcz przestawiając znaczenie i logikę wypowiedzi. W ten sposób osiąga się niewyobrażalną głębię językową. Można wyrażać myśli i uczucia na bardzo wiele różnych sposobów. Jednocześnie angielski jest jednym z języków o najliczniejszym
słownictwie. Jego gramatyka jest prostsza oraz bardzo elastyczna; mieści i kreuje bardzo wiele pojęć. Można też tworzyć i używać nowych, intuicyjnych, lecz logicznych słów na potrzebę chwili.
Nasz język nie jest jak klocki, z których można ułożyć rozmaitość form: auto, diabelski młyn czy całe miasteczko Lego. Jest raczej jak puzzle, które da się ułożyć tylko w jeden sposób. My, jak liczne i unikalne wycięcia w puzzlach, mamy w naszym języku tylko odpowiednio pasujące do siebie, sztywne koniugacje, deklinacje i masę gramatycznych reguł. To wszystko ogranicza nasze wypowiedzi do koniecznego minimum, do przekazania wiadomości i co najwyżej ubarwienia, które wyrażamy słowami-ozdobnikami, a nie w presumpcji, domniemaniu i w pewnej spekulatywnej i kreatywnej logice.
Tak więc niewątpliwie również widzimy oraz interpretujemy świat i obcujemy z ludźmi. Myślę, że robimy to trochę nieelastycznie, prosto, dosłownie i twardo, więc infantylnie. Podobnie jak dziecko, widzimy świat egocentrycznie. Dostrzegamy tylko to, co jest wokół nas. Stoimy w środku wszechświata. Nie podnosząc głowy, głównie patrzymy pod nogi. Niemcy czy Pigmeje na pewno robią to jeszcze inaczej.
My mówimy po słowiańsku. To grupa języków znacznie różniących się od języków obowiązujących w reszcie państw od dawna naturalnie zjednoczonej Europy. W języku angielskim na przykład, ale nie tylko, nieodmienne słowa można przestawiać w zdaniach i frazach na różne sposoby jak klocki Lego, za każdym razem konstruując inny niuans, moment, zamysł, zabarwienie i kontekst lub totalnie wręcz przestawiając znaczenie i logikę wypowiedzi. W ten sposób osiąga się niewyobrażalną głębię językową. Można wyrażać myśli i uczucia na bardzo wiele różnych sposobów. Jednocześnie angielski jest jednym z języków o najliczniejszym
słownictwie. Jego gramatyka jest prostsza oraz bardzo elastyczna; mieści i kreuje bardzo wiele pojęć. Można też tworzyć i używać nowych, intuicyjnych, lecz logicznych słów na potrzebę chwili.
Nasz język nie jest jak klocki, z których można ułożyć rozmaitość form: auto, diabelski młyn czy całe miasteczko Lego. Jest raczej jak puzzle, które da się ułożyć tylko w jeden sposób. My, jak liczne i unikalne wycięcia w puzzlach, mamy w naszym języku tylko odpowiednio pasujące do siebie, sztywne koniugacje, deklinacje i masę gramatycznych reguł. To wszystko ogranicza nasze wypowiedzi do koniecznego minimum, do przekazania wiadomości i co najwyżej ubarwienia, które wyrażamy słowami-ozdobnikami, a nie w presumpcji, domniemaniu i w pewnej spekulatywnej i kreatywnej logice.
Tak więc niewątpliwie również widzimy oraz interpretujemy świat i obcujemy z ludźmi. Myślę, że robimy to trochę nieelastycznie, prosto, dosłownie i twardo, więc infantylnie. Podobnie jak dziecko, widzimy świat egocentrycznie. Dostrzegamy tylko to, co jest wokół nas. Stoimy w środku wszechświata. Nie podnosząc głowy, głównie patrzymy pod nogi. Niemcy czy Pigmeje na pewno robią to jeszcze inaczej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)